Dziewczyny, które igrają z muzyką – fonotyp feministyczny
Światek muzyczny śmiało i chętnie utożsamia się z różnymi ideologiami. Mamy więc muzyków lewicowców, ekologów, wegan, mamy też feministki. W dzisiejszym fonotypie prezentujemy trzy artystki, które identyfikują się z feminizmem. Trzy zupełnie różne osoby, z różnym podejściem do wspólnej sprawy.
Grimes – „Oblivion”
(Visions, 2012 4AD)
Ta dwudziestosześcioletnia artystka z Kanady (naprawdę nazywa się Claire Elise Boucher) swoją postawą oraz wypowiedziami niejednokrotnie zaznaczała, że utożsamia się z ruchem feministycznym. W swej najbardziej znanej wypowiedzi na ten temat zaznaczyła, że ma dosyć bycia obiektem, dosyć tego, że jako kobieta musi wybierać między byciem postrzeganą przez pryzmat seksualny bądź infantylizowaną. Na jej tumblrze, instagramie oraz w felietonach często pojawiają się feministycznie wyznania. Fani dopatrują się też kobiecych przekazów w jej utworach – to fakt, że w klipie do „Oblivion” pokazuje kontrast między upodmiotawianiem kobiet i hiper-maskulinizacją mężczyzn, zaś na koncertach otacza się praktycznie samymi kobietami.
A tutaj znajduje się recenzja albumu, z którego pochodzi omawiany utwór.
Julie Ruin – „Girls Like Us”
(Run Fast, 2013 Dischord Records)
Grimes jest przykładem obecności ruchu feministycznego wśród młodych artystek. Jednakże również starsze pokolenia mogą pochwalić się obecnością w swoich szeregach zaangażowanych pań. Doskonale wpasowuje się tutaj Kathleen Hanna, znana z punkowych projektów Bikini Kill, Le Tigre oraz Julie Ruin (w którym działa obecnie). Kathleen zaczęła od pokazywania mężczyznom na koncertach punkowych, że nie mogą zawłaszczyć sobie tego gatunku. Czyniła to między innymi poprzez wypędzanie facetów spod sceny, aby dziewczyny mogły oglądać show bez ryzyka stratowania przez dzikie pogo. Podczas swoich występów niejednokrotnie pokrywała się feministycznymi hasłami i w ramach protestu pokazywała nieco nagiego ciała. Utożsamia się ją głównie z ruchem Riot grrrl. W czasach obecnych kontynuuje swoją walkę o miejsce kobiet w muzyce, a jej znaczenie w historii muzyki i feminizmu zostało docenione między innymi w filmie biograficznym o jej życiu pt. „Punkówa”.
Beyoncé – „***Flawless”
(Beyoncé, 2013 Parkwood / Columbia)
Na koniec wybór dość kontrowersyjny – z jednej strony Beyoncé bardzo chce się wpisać w ruch feministyczny (wszyscy pamiętamy jej występ podczas jednej z ostatnich gal rozdania nagród MTV, kiedy za swoimi plecami wyświetliła gigantyczny napis FEMINIST), z drugiej jest odrzucana przez wiele feministek jako osoba robiąca złą robotę ruchowi. Beyoncé wykorzystuje we „***Flawless” cytat z wypowiedzi nigeryjskiej pisarki Chimamandy Ngozi Adichie o tym, co oznacza bycie feministką, a za chwilę śpiewa o tym, że każda kobieta nie ma wad. Jednocześnie swoim życiem pokazuje, że kobieta może rozdawać karty i robić co chce np. odważnie podchodzić do tematów seksualności. Niektóre feministki jednak, jak chociażby bell hooks (na własną prośbę zapisywana małymi literami), krytykują ją za pokazywanie uprzedmiotawiania kobiet poprzez jej kipiące seksem show oraz utwory (głównie ostatni album, a na nim takie kawałki jak „Partition”). Z drugiej strony jednak ruch feministyczny niejednokrotnie podkreśla, że kobieta powinna ubierać się i zachowywać zgodnie z własnym przekonaniem i nie powinno obwiniać się jej za agresywne zachowania mężczyzn, których ofiarą pada. Czemu więc czepiać się Beyoncé, a nie slut walków bądź wspomnianej Kathleeen Hanny odsłaniającej bezwstydnie pośladki na koncertach? Hmmmm…
Co państwo na to?