płyty | recenzja

James Blake – The Colour In Anything

Organo leptyka

Zaskakująca oprawa w porównaniu z dwoma poprzednimi albumami – chłodnymi, prawie monochromatycznymi. Plamy akwareli i rysunki atramentem – to styl popularnego w Anglii ilustratora książek dla dzieci Sir Quentina Blake’a .  Zanim jednak podamy wkładkę dzieciom pamiętajmy, że one są zwykle bardziej spostrzegawcze i pewnie wcześniej niż my zauważą rozpięte na drzewach nagie kobiety. Bajkowy charakter zdecydowanie psuje fakt, że album nie został wydany jako digipack, o który aż się prosi. Prawdę mówiąc bardziej mi się podobają abstrakcyjne plamy wewnątrz niż sama okładka, ale przyjmuję ją jako kolejny atrybut podkreślający, że James Blake nieśmiało nabiera kolorów.

Kroto Chwile

Świetnych utworów jest naprawdę sporo i nie jest to kwestia efektu skali (spośród siedemnastu utworów powinno być co najmniej kilka dobrych, nieprawdaż).

„Timeless” – jeden z najlepszych utworów Blake’a i jeden z najlepszych w 2016 w ogóle. Jest hajhecik, zaskakująca syrena kompletnie jakby nie na miejscu, a na koniec syntezator tak kwaśny, że aż wykręca uszy (z zachwytu) – chodził mi po głowie bite kilka tygodni. Zgaduję, że sampel otwierający pochodzi od Kosheen ,,Hide U”.

„Points” – produkcja, która świdruje mózg i głos, który świdruje serce. Podoba mi się jak to wszystko po blejkowsku ze sobą ,,nie gra” – przywodzi na myśl pierwsze EPki.

„Modern Soul” – no, nowoczesny soul…  (Łukasz Suchy)


„Points” – powtarzany wejściowy motyw. Później niby siermiężnie i surowo, niby męcząco, aż tu nagle narastająca, budząca emocje melodyjność iiiiiii… Powtórka motywu początkowego z wyciszeniem. Cały James, mistrzostwo, rutyna. (Bogusz Błaszkiewicz)

Co państwo na to?